IRONMAN 70.3 GDYNIA – RELACJA

Walka rozpoczęła się już o o godzinie 4:45. Nie była to walka z wiatrem, falami czy podbiegami, była to walka z budzikiem. Udało się wstać jakoś lekko po 5:00 i nawet nie było tak źle, chyba dzięki dużemu zastrzykowi adrenaliny. Zwykle przed zawodami nie śpię za dobrze. Tym razem było całkiem ok, przebudziłem się w nocy tylko dwa razy:) To chyba dlatego, że dzień wcześniej ogarnianie tego całego bajzlu zajęło sporo czasu i wysiłku. Logistyka w tym wszystkim jest chyba najtrudniejsza. 
Godzina 7:57, z oddali słychać wołanie spikera „ Do startu pozostało 3 minuty, za 3 minuty zamykamy bramki dla zawodników”, a my dopiero co oddaliśmy worki do depozytu, no to sprint przez plażę coby się załapać na start. Pewnie jakbyśmy byli o 8:05 to nic by się nie stało, ale jak jesteś pierwszy raz na takich zawodach, to nie ogarniasz za wiele i wolisz nie ryzykować, skoro już przejechałeś kilkaset kilometrów, wydałeś kilkaset złotych i przygotowywałeś się przez kilka miesięcy. Właściwie ten bieg w piankach , to była całkiem fajna rozgrzewka, która niechcący zastąpiła rozgrzewkę w wodzie, bo do wody był już zakaz wjazdu…pan już powoli zaczął się partolić na samym starcie. Właściwie to przed startem.
O 8:00 wystartowała elita, pozostałe szaraczki czekają na swoją kolej, wspólnie z Piotrkiem i Łukaszem czekam sobie cierpliwie na nswoją kolej pod koniec stawki, trochę żartujemy, trochę omawiamy strategię, ja już przed tym morzem jestem cały w stresie. Czy znowu nie zaparują okularki? czy nie zacznie boleć mnie bark? Jak to będzie w tym morzu? A w sumie to nie wiem czy jestem przygotowany na te 2 kilometry pływania… Nadchodzi moja kolej, ustawiam się z samego brzegu po lewej stronie. No i… START! Krótki rozbieg w wodzie i jedziemy z tematem. Jest całkiem ok, morze jest dość przyjemne, no prawie, przez większość dystansu płynąłem w wielkiej grupie z meduzami. Szło całkiem dobrze, po prawej stronie widzę Łukasza, który wystartował koło mnie, trzymałem się tak z 600 metrów, później go zgubiłem, ale myślę sobie, że nie jest najgorzej. Płynę i płynę, kurde kiedy ta nawrotka będzie? Przecież nie płyniemy na Bornholm do cholery. Trzymam się białych bojek, no i mam, przepływam pomiędzy boją i jakimś gościem, który mnie spycha, wpadam w bojkę, gubię rytm, łapię rytm, płynę dalej. Jest ok, do nawrotu było ok… Po nawrocie parują okularki, nawigacja, a raczej jej brak daj znać o sobie. Co chwilę wynurzam się z wody żeby zobaczyć gdzie jestem, płynę  zygzakiem, nadrabiam metry, niedobrze. Jakiś gość w zielono-czarnej piance przepływa po mnie, kurde, znowu tracę rytm, walczę żeby mnie nie zatopił,  trochę tracę już jakby siły. Przeklinam pod nosem, rozglądam się, obieram kurs na pomarańczową piankę płynącą żabką. Jak płynie żabką to pewnie dobrze nawiguje, jest pomarańczowy, ok trzymam się go. Ile jeszcze do tego brzegu? Podnoszę głowę. O! Widzę upragnione schody. Tylko się na nich nie wywrócić, super jestem na brzegu. Żyję! Właściwie juz jestem zwycięzcą:) Dzięki Jacek Tyczyński za pomoc w ogarnięciu tego mojego „ pływania”! 
Niebieski worek, szybkie przebieranko i już jestem na rowerze:) Rower… fajnie. Pierwszy kilometr, zaczynam myśleć. Czy wszystko mam? Kask, numerek, żarcie, bidon, rower się toczy, no to jedziem. Pamiętaj, pierwsze kilometry jedź sobie powoli, przyspieszysz później. Hmmm nawet nie musiałem myśleć, nogi same nie chciały jechać. Patrzę na zegarek, prędkość poniżej 20km/h, no nie tak wolno miałeś gościu jechać. Wieje bardzo mocny wiatr, do tego pod górkę, prędkość spada. Nogi słabe. Jak tak dalej będzie, to przecież nie dam rady. Pierwsze 10-15 kilometrów było ciężkie. No i do tego jakiś niezły podjazd. Jeżeli ktoś myśli, że tam w Gdyni jest płasko, to może się lekko rozczarować. Trasa rowerowa w Gdyni jest ciężka, mówili, jest dużo podjazdów, mówili… nie wierzyłem. Jednak byłem już na rowerze, wyszedłem z wody, to i humor nienajgorszy. Podjeżdżam pod to niemałe wzniesienie. Mijam dwóch kibiców na poboczu. – Panowie to jest Gdynia czy zakopane?- Będziesz się śmiał na 70 kilometrze kolego, haha, hehe! Hmm zobaczymy. Noga powoli zaczynała podawać. Szło coraz lepiej, jednak wiatr nie ustępował. Obieram taktykę. Podjazdy w miarę luźno, zjazdy ile sił. Czekam do tego 70 kilometra, myślałem, że będzie tam jakaś góra. Im chyba chodziło o to, że nie będę miał już siły? A to błąd Panowie, bo ja zaczynam przyśpieszać. Zjazdy jadę ponad 65km/h, jest ok. Końcówkę miałem zwolnić, ale noga podawała, czułem się dobrze, no to nie odpuszczam, cisnę. Nie bardzo chciało się mi jeść. Jednak nie ma wyjścia, przy takim dystansie trzeba jeść. Na początku jakieś dwa batony, a poźniej jadłem jakieś żele co 20 km, jednak nie wchodziły najlepiej, no i jakieś 3 bidony ISO. Mało? Dużo? Na pewno do analizy, bo na biegu…
Zszedłem z rowerka, patrzę na zegarek, średnia wyszła jakieś 30km/h, jestem zadowolony. Nogi? Nogi w miarę świeże, jestem w szoku! Krótkie siku w strefie, zmiana butów i ogień. 
Fuck! 
Zgina mnie w pół. Mega wielki ból brzucha, jakiś skurcz czy coś, nie mogę biec, ból w boku najpierw prawy, później lewy. Kolka? Kurde znowu to. Tym razem mega ból. No nic kibice patrzą, biegnę dalej, ale zwolnię, przejdzie za 1-2 kilometry. Nic nie przechodzi, 5 kilometr, chce mi się płakać. Nogi są git, mam silę, a tu ten brzuch…. Czarne myśli przechodzą mi prze głowę, nie dam rady, nie dam rady tak biec. Jestem zawiedziony. Rozważam zejście z trasy. Dobra jeszcze 2 kilometry, może się poprawi. Nic się nie poprawia, jest coraz gorzej. Staję, rozciągam się. Nic nie dalej. Powoli do przodu, krok za krokiem. Ale czy to jest bieg na jaki byłem przygotowany? Czy to jest wszytko co mogę dzisiaj tutaj pokazać. Każda kolejna pętla to walka o przetrwanie. Kibice krzyczą, to pozwala mi na szybsze zrywy, a za chwilę przejście do marszu. Mówili, przejście do marszu, to nie wstyd. Jednak nie tak to miało być. Przez to, że boli mnie brzuch, nie jem nic na trasie biegowej, popijam trochę wody. Ostatnie 5 kilometrów, to już konanie. Nic nie jadłem, powoli odcina energię. Boli brzuch, odcina energię. Jednak już jest blisko. Już za chwilę będzie normalnie, już za chwilę będzie przepięknie. No i jest ona. Meta! Wbiegam, tutaj już tempo Bolta, nie ogarniam co kto krzyczy. Dostaję medal. Udało się. Co dalej?…

Klimat w Gdyni jest mega. Same zawody były zorganizowane na najwyższym poziomie, wszystko perfekcyjnie dopracowane. Wszystkie służby i przede wszystkim wolontariusze zrobili wspaniałą robotę! Najważniejsze jednak było osobiste wsparcie w postaci Gabi, Michała, Gosi i Magdy oraz możliwość rywalizacji wspólnie z zawodnikami teamu Orca Żywiec:) Do tego w Gdyni wyczuwa się ten triathlonowy klimat, a na zawodach obecna była prawie cała triathlonowa śmietanka. Dzień wcześniej gratulowałem Borisowi zwycięstwa, który pozwolił mi jechać na swoim kole, jednak nie byłem w stanie go dogonić…może następnym razem:) 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *