Author - impulsdozmiany

IRONMAN 70.3 GDYNIA – RELACJA

Walka rozpoczęła się już o o godzinie 4:45. Nie była to walka z wiatrem, falami czy podbiegami, była to walka z budzikiem. Udało się wstać jakoś lekko po 5:00 i nawet nie było tak źle, chyba dzięki dużemu zastrzykowi adrenaliny. Zwykle przed zawodami nie śpię za dobrze. Tym razem było całkiem ok, przebudziłem się w nocy tylko dwa razy:) To chyba dlatego, że dzień wcześniej ogarnianie tego całego bajzlu zajęło sporo czasu i wysiłku. Logistyka w tym wszystkim jest chyba najtrudniejsza. 
Godzina 7:57, z oddali słychać wołanie spikera „ Do startu pozostało 3 minuty, za 3 minuty zamykamy bramki dla zawodników”, a my dopiero co oddaliśmy worki do depozytu, no to sprint przez plażę coby się załapać na start. Pewnie jakbyśmy byli o 8:05 to nic by się nie stało, ale jak jesteś pierwszy raz na takich zawodach, to nie ogarniasz za wiele i wolisz nie ryzykować, skoro już przejechałeś kilkaset kilometrów, wydałeś kilkaset złotych i przygotowywałeś się przez kilka miesięcy. Właściwie ten bieg w piankach , to była całkiem fajna rozgrzewka, która niechcący zastąpiła rozgrzewkę w wodzie, bo do wody był już zakaz wjazdu…pan już powoli zaczął się partolić na samym starcie. Właściwie to przed startem.
O 8:00 wystartowała elita, pozostałe szaraczki czekają na swoją kolej, wspólnie z Piotrkiem i Łukaszem czekam sobie cierpliwie na nswoją kolej pod koniec stawki, trochę żartujemy, trochę omawiamy strategię, ja już przed tym morzem jestem cały w stresie. Czy znowu nie zaparują okularki? czy nie zacznie boleć mnie bark? Jak to będzie w tym morzu? A w sumie to nie wiem czy jestem przygotowany na te 2 kilometry pływania… Nadchodzi moja kolej, ustawiam się z samego brzegu po lewej stronie. No i… START! Krótki rozbieg w wodzie i jedziemy z tematem. Jest całkiem ok, morze jest dość przyjemne, no prawie, przez większość dystansu płynąłem w wielkiej grupie z meduzami. Szło całkiem dobrze, po prawej stronie widzę Łukasza, który wystartował koło mnie, trzymałem się tak z 600 metrów, później go zgubiłem, ale myślę sobie, że nie jest najgorzej. Płynę i płynę, kurde kiedy ta nawrotka będzie? Przecież nie płyniemy na Bornholm do cholery. Trzymam się białych bojek, no i mam, przepływam pomiędzy boją i jakimś gościem, który mnie spycha, wpadam w bojkę, gubię rytm, łapię rytm, płynę dalej. Jest ok, do nawrotu było ok… Po nawrocie parują okularki, nawigacja, a raczej jej brak daj znać o sobie. Co chwilę wynurzam się z wody żeby zobaczyć gdzie jestem, płynę  zygzakiem, nadrabiam metry, niedobrze. Jakiś gość w zielono-czarnej piance przepływa po mnie, kurde, znowu tracę rytm, walczę żeby mnie nie zatopił,  trochę tracę już jakby siły. Przeklinam pod nosem, rozglądam się, obieram kurs na pomarańczową piankę płynącą żabką. Jak płynie żabką to pewnie dobrze nawiguje, jest pomarańczowy, ok trzymam się go. Ile jeszcze do tego brzegu? Podnoszę głowę. O! Widzę upragnione schody. Tylko się na nich nie wywrócić, super jestem na brzegu. Żyję! Właściwie juz jestem zwycięzcą:) Dzięki Jacek Tyczyński za pomoc w ogarnięciu tego mojego „ pływania”! 
Niebieski worek, szybkie przebieranko i już jestem na rowerze:) Rower… fajnie. Pierwszy kilometr, zaczynam myśleć. Czy wszystko mam? Kask, numerek, żarcie, bidon, rower się toczy, no to jedziem. Pamiętaj, pierwsze kilometry jedź sobie powoli, przyspieszysz później. Hmmm nawet nie musiałem myśleć, nogi same nie chciały jechać. Patrzę na zegarek, prędkość poniżej 20km/h, no nie tak wolno miałeś gościu jechać. Wieje bardzo mocny wiatr, do tego pod górkę, prędkość spada. Nogi słabe. Jak tak dalej będzie, to przecież nie dam rady. Pierwsze 10-15 kilometrów było ciężkie. No i do tego jakiś niezły podjazd. Jeżeli ktoś myśli, że tam w Gdyni jest płasko, to może się lekko rozczarować. Trasa rowerowa w Gdyni jest ciężka, mówili, jest dużo podjazdów, mówili… nie wierzyłem. Jednak byłem już na rowerze, wyszedłem z wody, to i humor nienajgorszy. Podjeżdżam pod to niemałe wzniesienie. Mijam dwóch kibiców na poboczu. – Panowie to jest Gdynia czy zakopane?- Będziesz się śmiał na 70 kilometrze kolego, haha, hehe! Hmm zobaczymy. Noga powoli zaczynała podawać. Szło coraz lepiej, jednak wiatr nie ustępował. Obieram taktykę. Podjazdy w miarę luźno, zjazdy ile sił. Czekam do tego 70 kilometra, myślałem, że będzie tam jakaś góra. Im chyba chodziło o to, że nie będę miał już siły? A to błąd Panowie, bo ja zaczynam przyśpieszać. Zjazdy jadę ponad 65km/h, jest ok. Końcówkę miałem zwolnić, ale noga podawała, czułem się dobrze, no to nie odpuszczam, cisnę. Nie bardzo chciało się mi jeść. Jednak nie ma wyjścia, przy takim dystansie trzeba jeść. Na początku jakieś dwa batony, a poźniej jadłem jakieś żele co 20 km, jednak nie wchodziły najlepiej, no i jakieś 3 bidony ISO. Mało? Dużo? Na pewno do analizy, bo na biegu…
Zszedłem z rowerka, patrzę na zegarek, średnia wyszła jakieś 30km/h, jestem zadowolony. Nogi? Nogi w miarę świeże, jestem w szoku! Krótkie siku w strefie, zmiana butów i ogień. 
Fuck! 
Zgina mnie w pół. Mega wielki ból brzucha, jakiś skurcz czy coś, nie mogę biec, ból w boku najpierw prawy, później lewy. Kolka? Kurde znowu to. Tym razem mega ból. No nic kibice patrzą, biegnę dalej, ale zwolnię, przejdzie za 1-2 kilometry. Nic nie przechodzi, 5 kilometr, chce mi się płakać. Nogi są git, mam silę, a tu ten brzuch…. Czarne myśli przechodzą mi prze głowę, nie dam rady, nie dam rady tak biec. Jestem zawiedziony. Rozważam zejście z trasy. Dobra jeszcze 2 kilometry, może się poprawi. Nic się nie poprawia, jest coraz gorzej. Staję, rozciągam się. Nic nie dalej. Powoli do przodu, krok za krokiem. Ale czy to jest bieg na jaki byłem przygotowany? Czy to jest wszytko co mogę dzisiaj tutaj pokazać. Każda kolejna pętla to walka o przetrwanie. Kibice krzyczą, to pozwala mi na szybsze zrywy, a za chwilę przejście do marszu. Mówili, przejście do marszu, to nie wstyd. Jednak nie tak to miało być. Przez to, że boli mnie brzuch, nie jem nic na trasie biegowej, popijam trochę wody. Ostatnie 5 kilometrów, to już konanie. Nic nie jadłem, powoli odcina energię. Boli brzuch, odcina energię. Jednak już jest blisko. Już za chwilę będzie normalnie, już za chwilę będzie przepięknie. No i jest ona. Meta! Wbiegam, tutaj już tempo Bolta, nie ogarniam co kto krzyczy. Dostaję medal. Udało się. Co dalej?…

Klimat w Gdyni jest mega. Same zawody były zorganizowane na najwyższym poziomie, wszystko perfekcyjnie dopracowane. Wszystkie służby i przede wszystkim wolontariusze zrobili wspaniałą robotę! Najważniejsze jednak było osobiste wsparcie w postaci Gabi, Michała, Gosi i Magdy oraz możliwość rywalizacji wspólnie z zawodnikami teamu Orca Żywiec:) Do tego w Gdyni wyczuwa się ten triathlonowy klimat, a na zawodach obecna była prawie cała triathlonowa śmietanka. Dzień wcześniej gratulowałem Borisowi zwycięstwa, który pozwolił mi jechać na swoim kole, jednak nie byłem w stanie go dogonić…może następnym razem:) 

5 powodów przez które możesz  czuć  się nieszczęśliwy

1. Media społecznościowe
Słoneczko pięknie świeci, ty wstajesz rano z głową pełną pomysłów, niczym nie ograniczoną motywacją, otwierasz komputer, otwierasz facebooka i nagle szlak to wszytko bierze. Zaczynasz scrollować z góry do dołu i z dołu do góry tę cholerna tablicę. Dochodzisz do wniosku, że tak na prawde, to Twoje życie jest do kitu, masz chandrę i depresję, a najlepiej to byś umarł, bo jesteś totalnym nieudacznikiem. Dlaczego tak myślisz? To proste. Patrzysz na zdjęcia i widzisz na zdjęciu swojego kumpla przytulającego  się do Miss Polski, sąsiada na wakacjach w Egipcie, kolegę ze szkoły w autostopowej podróży po Azji, kuzynkę zmieniającą status związku na „zaręczona”. Scrolujesz dalej. Widzisz status swojego przyjaciela „ W kinie na Spectre.”, salfie z kibla strzelone  z Iphone 6S przez kolegę z pracy. Tak patrzysz i widzisz  zdjęcie nowego domu, książki, samochodu, kota, psa, większych cycków.  Pewnie już to wiesz, ale jeszcze przypomnę Ci dla pewności: Ludzie wrzucają do internetu najczęściej pozytywne rzeczy związane ze swoją osobą i próbują się pokazać siebie innym w jak najlepszym świetle, pragną abyś odbijał się od nich ich blaskiem zajebistości. NIe mam z tym problemu i nie uważam, że jest to coś złego. Nie mniej jednak, ty nie powinieneś się tym przejmować i pozwolić wprowadzić siebie w zły nastrój i tracić poczucie własnej wartości. Internet stał się dzisiaj miejscem sztucznego dowartościowania siebie, zwrócenia na siebie uwagi. Zatem, może warto zastanowić się nad ograniczeniem korzystania z Facebooka i tym podobnych portali, a zacząć żyć prawdziwym życiem? Wyjsć z domu? Podjąć jakieś nowe działanie? Poznać nowych ludzi? Może też mieć możliwość zrobienia sobie zdjęcia w ciekawym miejscu? Na Faceboku nic nie wysiedzisz:)
2. Porównywanie się z innymi
Ten punkt jest nieco powiązany z poprzednim. Nie możesz się cieszyć z tego co masz, gdy cały czas odnosisz siebie do kogoś innego. Patrzysz na innych ludzi i widzisz u nich lepsze samochody, związki i zainteresowania. Każdy z nas ma swoje życie i swoją ścieżkę. Nie ma sensu się cały czas na kogoś oglądać. Wykorzystuj możliwości, które masz w danym momencie. Twoim sukcesem nie musi być bycie lepszym od kogoś, ale bycie lepszym każdego dnia od siebie z wczoraj.  Inspiruj się innymi, ale rób to co ty chcesz robić i realizuj swoje marzenia. 
3. Brak ruchu
Bieganie, rower, siłownia , basen, fitnes, squash, piłka nożna… jest tyle możliwości. Poszukaj czegoś dla siebie. Często mam tak, że po pracy nie mam już na nic ochoty i zostaje w domu oglądając seriale. Nie ma to jak 8 godzin przed ekranem i później kolejne kilka. Jeżeli taka sytuacja powtarza się kilka dni pod rząd, czuję się kompletnie wyczerpany. NIc nie poprawia bardziej humoru jak konkretna dawka endorfin po ciężkim dniu. Po kilku przebiegniętych kilometrach człowiek czuje się znacznie lepiej:)
4. Rutyna
Dzień za dniem  ciągle to samo. Praca, dom, komputer, jedzenie, spanie. Mimo, iż lubimy swoją pracę, rutyna może zabić w nas codzienną radość. Postaraj się dwa, trzy razy w tygodniu zrobić coś inaczej niż zwykle, gdzieś wyjść, spróbować czegoś nowego,  wrócić do domu z pracy na piechotę i pocieszyć się piękna pogodą. Wszyscy mamy jakieś obowiązki i żyjemy szybciej, oczekując w przyszłości więcej, zapominając, że życie jest tu i teraz. 

Read More

Półmaraton Królewski? Czy zostałem królem?

Wiele różnych relacji z różnych biegów jest już w Internecie. Powstało na ten temat wiele blogów i w zasadzie to już każdy biega. Mam wrażenie, że w sumie połowa Internetu to tematyka biegowa i generalnie wszyscy piszą bardzo podobne teksty, porady i relacje. Na szczęście nie jest to połowa Internetu, tylko połowa moich subskrybowanych stron. Jeśli biegasz i czytujesz różne portale biegowe, to ten wpis nie jest dla Ciebie, bo nie dowiesz się niczego nowego. Jeżeli natomiast nie biegasz i Cię to nie interesuje, to ten wpis też nie jest dla Ciebie. Jeżeli nie wiesz co zrobić z najbliższymi 5 minutami i miałbyś je zmarnować, to zapraszam:)
Niestety ostatni sezon nie był taki jak oczekiwałem. W skrócie: dużo kontuzji, słaba motywacja, „brak czasu” i w rezultacie zero startów. NIe wystartowałem ani w Półmaratonie Żywieckim, ani w żadnym maratonie. Dlatego, aby nie zmarnować sezonu ustawiłem sobie za cel szybką połówkę w Krakowie, która nauczyła mnie kilku rzeczy…
Błędy w przygotowaniu: Po pierwsze ,zdecydowana większość treningów była niekompletna, tzn. trening zasadniczy starałem się wykonywać, natomiast często brakowało rozgrzewki przed treningiem i co najważniejsze po biegu: schłodzenia, rozciągania i rolowania. Efektem tego była oczywiście kontuzja przywodziciela, która uniemożliwiła mi niektóre treningi szybkościowe i siłowe. Po drugie, jak już z nogą było trochę lepiej w ostatnim miesiącu przytrafiła mi się kontuzja mięśnia klatki piersiowej spowodowana inną aktywnością…co znowu uniemożliwiło trenowanie szybkości. Na domiar złego w okresie przypadającym na mocne trenowanie przytrafiło mi się przeziębienie, co praktycznie wykluczyło mnie z szybszych treningów na 2 tygodnie. W rezultacie wyleciało mi bardzo dużo treningów z całego planu.

Wnioski:

  1. Rób trening kompletny. Lepiej zrobić 2 km mniej treningu zasadniczego, ale poświęcić czas na około treningowe aktywności. Jak nabawisz się kontuzji, to już treningu zasadniczego nie zrobisz przez dłuższy czas.
  2. Pomyśl o innych aspektach okołotreningowych w końcowej fazie planu treningowego. Unikaj kontuzji, infekcji, lepiej jedz, ciepło się ubieraj:)

Było coś dobrego: Podchodziłam już do kilku planów treningowych i zawsze jakoś szybko się z nich wyłamywałem, bo były za bardzo skomplikowane, nieodpowiednie dla mnie albo po prostu nie przynosiły rezultatu, moje lenistwo nie było tutaj oczywiście bez znaczenia:) Natomiast tym razem udało mi się znaleźć dość dobry jak dla mnie plan treningowy , który był prosty i mimo, że nie było do niego opisu, miałem wrażenie, że wiem co ma mi dać każdy kolejny trening. Dodatkowo wziąłem pod uwagę pewne moje ograniczenia i atuty i lekko zmodyfikowałem plan pod siebie. To co przyniosło  w moim przypadku dobry rezultat ,to realizacja biegów z narastającą prędkością. Odpuszczałem czasami siłę, sprinty, przebieżki ale BNP było dla mnie święte i to chyba zaowocowało. Trening z „partnerem biegowym”, to kolejna rzecz, która może mieć pozytywny wpływ na wynik:) Udało się mi odbyć kilka mocniejszych jak dla mnie treningów z Arturem i Łukasz, co pozwoliło mi trenować mocniej i sprawiło, że zamiast „modlić się do bogów, chciałem równać do bogów”. W sumie wyszło 01:36:59.
Wnioski: 

  1. Dobry plan to podstawą, nawet jak nie zrealizujesz go w całości. Jednak nie, powtórzę tutaj za Eisenhowerem „ Plan jest niczym, planowanie jest wszystkim”.
  2. Pomyśl nad wdrożeniem do swojego planu treningu typu BNP. 
  3. Jeżeli tylko masz taką możliwość biegaj z kimś, kto pociągnie Cię do góry

Na koniec trochę o 3 Półmaratonie Królewskim
Szczerze mówiąc nie chciałbym narzekać, bo nie o to w tym chodzi. NIe lubię też jak przychodzę na bieg, czekam np. w kolejce do depozytu, a tam lecą same słowa na K oraz narzekanie jak to jest źle zorganizowane i generalnie wytwarza się wielka nerwówka. Bez sensu jest w ogóle brać udział w czymkolwiek i tak się zachowywać, no ale nie o tym mowa. Pomijając fakt, że bieg ten odbywa się w Krakowie, to z Królewskim już nie ma wiele wspólnego. według mnie  trasa nie była przygotowana na 7000 osób. W niektórych miejscach było bardzo wąsko i ciężko wymijało się ludzi, którzy oczywiście startowali nie  z tej strefy z której powinni. Dodatkowo deszcz, a raczej kałuże utrudniały wyprzedzania, gdyż wszyscy je omijali i wbiegali przed siebie nawzajem, natomiast zwężenie na rondzie Grzegórzeckim sprawiło, że musiałem biec prawie o minutę wolniej niż przez cały bieg.  Myślę, że na tym wyprzedzaniu, zwalnianiu i traceniu rytmu straciłem spokojnie 1-2 min. Może warto puszczać ludzi grupami oraz bardziej uświadomić biegaczy, żeby ustawiali się w odpowiednich dla siebie strefach? Bardzo gęsto było również na punktach odżywczych, tutaj akurat zawsze jest walka, ale punkty mogły być rozmieszczone w miejscach gdzie jest więcej miejsca na ewentualnie wyminięcie punktu przez zawodników z nich nie korzystających. Kolejnym minusem moim zdaniem było to, że cały depozyt  na tak dużym obiekcie był umieszczony w jednym miejscu, bardzo długo przed i po biegu czekało się w kolejce na schodach, aby się do niego dostać. Natomiast całkowity plus za to, że meta jest na Tauron Arenie:) Fajny klimat jest jak się tam wbiega, a i po biegu można się schronić przed zimnem:) 

Przegrał z rakiem, wygrał życie.

Często mówi się tak, że doceniamy coś dopiero wtedy jak to stracimy. Często udaje się nam zrozumieć człowieka dopiero wtedy, gdy na zawsze odejdzie. Dopiero wtedy pochylamy się nad tym co on chciał nam przekazać lub jaką wartość wnosił lub mógł wnieść w nasze życie, gdybyśmy wcześniej przejrzeli na oczy.
W ostatnim czasie zmarł ksiądz Jan Kaczkowski. Człowiek, który mimo ciężkiej choroby, czynił Wielkie Dzieła. Człowiek, który założył i prowadził hospicjum w Pucku, który walcząc z rakiem mózgu popełnił książkę, która stała się bardzo popularna, który w tym czasie aktywnie działał na różnych płaszczyznach głosząc Ewangelie, w tym wykorzystując nowe media choćby poprzez prowadzenia bloga, a także aktywnie pomagał chorym ludziom w ich cierpieniu.  Osobiście nigdy wcześniej nie wgłębiałem się w to co robi ksiądz Janek, choć podziwiałem Go za to, że miał tyle siły, zawsze wyrażał swoje zdanie i zawsze był radosny. Jak to zwykle bywa, po śmierci znanej i cenionej osoby, wszyscy o tym mówią, umieszczają cytaty czy informacje odnośnie tej osoby na swojej tablicy na Facebooku oraz zapalają wirtualną świeczkę. 
Zauważyłem, że po śmierci księdza Jana wyrazy refleksji pojawiały się na tablicach, blogach czy stronach internetowych także u osób deklarujących się jako ateiści czy nawet przeciwnicy kościoła. 
Dotarło do mnie, że niezależnie w jakiej jestem obecnie sytuacji i niezależnie od tego z jakimi problemami się zmagam, powinienem odnaleźć swoja misję życiową i dążyć do tego, żeby zostawić coś światu lub choćby małej jego części po swoim odejściu. Może to, że dotyka mnie lub Ciebie jakiś problem czy osobiste ograniczenie jest po to żeby pomóc innym, którzy borykają się z tym samym, może to jest po to, aby ich lepiej zrozumieć? Oczywiście nie twierdzę, że jakaś choroba czy cierpienie jest dobre, ale że jeżeli coś złego się nam przytrafi, to może warto to czym prędzej zaakceptować i docenić to że do tej pory było dobrze, a następnie skupić się na tym jak i gdzie można to wykorzystać w dalszym życiu do pomocy innym ludziom.Ksiądz Jan stworzył duże dzieła i zostanie przez wiele osób zapamiętany, a owoce Jego pracy będą widoczne jeszcze długo po Jego śmierci. Może Twoja czy moja misja jest mniej „prestiżowa”? Może masz być po prostu dobrym ojcem i jak najlepiej wychować swoje dziecko, które później dostanie bardziej do zrealizowania jakieś większe zadanie? Może masz być biznesmenem, który zapewni dobre warunki pracy dziesięciu, a może dziesięciu tysiącom osób dobre warunki pracy?
Najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, aby zapytać samego siebie o swoją misję, a następnie zrealizować ją tak, aby zostawić po sobie dojrzałe i zdrowe owoce, a samemu posiadać poczucie sensu. 

Decyzja przez duże D.

Pierwszy post i zaraz po nim długo długo nic. Blog pod tytułem Impuls do zmiany, a ze zmiany pozostał jedynie impuls….Mógłbym się długo tłumaczyć, dlaczego taka długa przerwa: że trzeba było dokończyć pracę dyplomową, a to że byłem na wakacjach lub miałem wiele innej pracy i inne problemy w ostatnim czasie. Szczerze trzeba jednak przyznać, że usprawiedliwienie w tym przypadku nie istnieje.

Zastanawiałem się dlaczego tak się stało, że podjąłem decyzję, poradziłem sobie z nieszczęsnym „ale”, zrobiłem pierwszy krok i…. no właśnie, to na tyle ze zmian. Z racji tego że takie sytuacje zdarzają się częściej w moim życiu, niż tylko w przypadku tego bloga, postanowiłem to rozpracować.

Wszystkiemu okazała się być winna decyzja, a w zasadzie jej brak. Codziennie w naszym życiu podejmujemy setki decyzji i to one mają główny wpływ na to jak wygląda nasze życie. Pozwolę sobie podzielić decyzje na małe i duże. Te małe, to te codzienne, jak wybór proszku do prania, ubrania które założymy danego dnia, czy wybór drogi, którą pójdziemy dzisiaj do pracy. Większość trenerów rozwoju osobistego mówi o nawykach (o tym już niebawem), jako o podstawie sukcesu. W dużym uproszczeniu, można stwierdzić, że te małe decyzje kształtują nasze nawyki. Jednak nie o małych decyzjach chcę dzisiaj powiedzieć, ale o tych DUŻYCH.

Dlaczego dzieje się tak, że pomimo podjęcia decyzji ustajemy w naszym działaniu? Odpowiedź jest prosta – tak na prawdę nie podjęliśmy prawdziwej decyzji. Mało tego, najczęściej nie jesteśmy świadomi czym jest decyzja. Weźmy na przykład osobę, która podejmuje „decyzję” o tym że będzie regularnie biegać. „Decyduje” się biegać co drugi dzień po 30 minut. Wszystko wygląda fajnie dopóty w czasie, który był przeznaczony na owo bieganie nie zacznie padać deszcz, nie zadzwoni kolega z zaproszeniem na piwo lub nie poczuje się zbyt zmęczona,by przełożyć zadanie na ” jutro” albo po prostu sobie odpuści. Wszystko to jest do zaakceptowania, pod warunkiem, że taka sytuacja zdarzy się raz czy dwa, natomiast wszyscy wiemy, że będzie się zdarzać coraz częściej i z naszego biegania pozostanie tylko wspomnienie.

Większość „decyzji”, to w rzeczywistości tylko marzenia, zachcianki lub życzenia.

Prawdziwa decyzja charakteryzuje się tym, że :

1. Jest podjęta świadomie.

2. Nie ma od niej odwrotu, jeżeli już ją podjąłeś, to realizujesz!

3. W przypadku nie wykonania zamierzonego działania, ponosisz za to konsekwencje. Zawsze ponosimy konsekwencja zrobienia czego jak i nie zrobienia! Zazwyczaj te drugie są dużo gorsze. Nie podjęcie działania przynosi zazwyczaj dużo gorsze rezultaty. 

Szczególnie wartym uwagi jest warunek nr. 3. Przy podjęciu decyzji, określ sobie, co będziesz musiał zrobić, jeżeli nie wykonasz założonego zadania. To mogą być różne rzeczy: np. jeśli nie pójdę na trening, to następnego dnia wezmę miotłę i pozamiatam cały chodnik na ulicy przed moim domem. Przykład z zamiataniem chodnika, to i tak za mała „kara”, powinna ona być taka, że jeśli już raz ją wykonamy, to zapamiętamy na całe  nasze życie. 

Za każdym razem, gdy zaczniesz rozważać czy ubrać buty do biegania, zadaj sobie pytanie: Co się stanie jeśli opuszczę trening? …no właśnie NIE! Nie myśl sobie, że nic się nie stanie. Podjąłeś decyzję. Albo trening albo miotła!

Drugim wariantem warunku nr. 3 może być zakład. Załóż się z kimś, kto nie wierzy, że wytrwasz w swojej decyzji o coś wartościowego (czegoś co w wypadku przegranej, będzie Cię mentalnie dużo kosztować). Za każdym razem, gdy poczujesz zniechęcenie, przypomnisz sobie o zakładzie i zaczniesz działać. Drugim pozytywnym aspektem zakładu jest szansa na to, że zmotywujesz osobę z którą się założyłeś do podobnego działania. I to jest super! (dwie pieczenie na jednym ogniu)

Dodatkowo warto ogłosić swoją decyzję „światu”. Możesz to zrobić np. poprzez facebook’a lub powiedzieć najbliższym znajomym. Dlaczego to jest takie ważne? W czasie, gdy ty zapomnisz o swojej decyzji, ktoś Cię o nią zapyta, przypomni oraz wesprze w czasie kryzysu lub zmotywuje kąśliwą uwagą:)

Pamiętaj decyzja, to nie życzenie !


Życzę udanego podejmowania Decyzji ! 

Nowe życie bez „ale”

„Nawet najdalszą podróż zaczyna się od pierwszego kroku. ”  – Gautama Budda 

Kurczę. Chce mieć bloga, ta myśl  chodzi już za mną dość długo. Chce się podzielić moimi spostrzeżeniami na temat świata z innymi ludźmi? Chce zrobić coś sam od początku do końca? Może chce żeby kiedyś ktoś mi powiedział, że to co pisze do czegoś mu się przydało lub po prostu dobrze mu się czyta moje wypociny?… wróć. Moje dzieło! Należy w siebie wierzyć! – o tym może innym razem.

 ALE…przecież nie umiem prowadzić bloga. ALE… przecież jest już dużo podobnych blogów i z pewnością lepszych niż mój. ALE… nie mam czasu. ALE…co inni sobie pomyślą? ALE… przecież nie jestem dobry w pisaniu….

STOP!

Często jest tak, że mamy chęć, żeby zrobić coś nowego. Chcemy się czegoś nowego nauczyć, zacząć uprawiać jakiś sport czy np. pojechać gdzieś w nieznane. Dlaczego tego nie robimy? Dlaczego tak często rezygnujemy z własnych marzeń i zachcianek? Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że na drodze staje nam, to znienawidzone już przeze mnie „ale”. Kiedy przeanalizujesz pokrótce swoje życie, pod względem Twojej produktywności, to z pewnością odkryjesz, że miałeś dużo marzeń, których nie zrealizowałeś…ba! większości pewnie nawet nie zacząłeś realizować. Czy zastanawiałeś się kiedyś dlaczego tak się dzieje?

Wszystkiemu winne jest to ” ale”, które rodzi się w Twojej głowie zaraz po impulsie, zwanym nowym pomysłem. „Ale”  nie jest niczym innym jak wymówką, która powstrzymuje cię przed zrobieniem czegoś co mogłoby sprawić, żeby Twoje życie zrobiło się naprawdę piękne i produktywne.

W większości przypadków schemat myślenia wygląda następująco:

W naszej głowie rodzi się nowy POMYSŁ/MARZENIE, które zaczyna nas fascynować i chcielibyśmy je zrealizować. Zaraz po tym  pojawiają się WĄTPLIWOŚCI/WYMÓWKI, które sprawiają że odkładamy nasze marzenia i godzimy się na to aby nasze życie dalej było zwyczajne i bezpieczne, co nie znaczy że jesteśmy szczęśliwi. Czasem zdarza się, że to „ale” nie powstrzymuje nas przed zrobieniem czegoś, jednak ogranicza nasz potencjał. Załóżmy że chcesz być mistrzem Polski w bieganiu, zaczynasz biegać i uznajesz, że biegać to ty możesz, ale nie będziesz nigdy najlepszy, bo np: uznasz że Twój organizm nie jest tak dobrze przystosowany do biegania, jak tych którzy są mistrzami. W konsekwencji, zacząłeś biegać…i super! Problemem jest to, że przez wymówki nie będziesz wierzył w siebie, a zarazem nie będziesz trenował wystarczająco dużo, aby zostać mistrzem czy liczącym się zawodnikiem.

Co zmienić w tym schemacie myślowym, aby choć trochę zwiększyć nasza produktywność i aby nasze marzenia stawały się rzeczywistością?:

Zamień „ale” na „jak”.

Zamiast:

Chciałbym się ścigać w zawodach kolarskich, ale nie mam dobrego roweru.

Powiedz sobie:

Chciałbym się ścigać w zawodach kolarskich, a więc przydałby mi się lepszy rower. Jak mogę go pozyskać? Jak zarobić czy oszczędzić  pieniądze na nowy rower? – uwierz mi… prędzej czy później ten problem się rozwiąże. Pieniądze się znajdą, jedynym problemem może być to, że pojawi się następne „ale”, z którym będziesz musiał się uporać 🙂

Kilka rzeczy, które powinieneś zapamiętać i wcielić w życie po przeczytaniu tego tekstu:

1. Miej marzenia, nie bój się ich.

2. Jeżeli o czymś marzysz, realizuj to natychmiast i nie przejmuj się tym, że „się nie da”.

3. Jeśli w Twojej głowie pojawi się wymówka, zadaj sobie pytanie „Czy, aby na pewno tak jest?”.

4. Zamieniaj „ale” na „jak mogę to rozwiązać”.

5 Działaj! 

Na sam koniec pierwszego moje wpisu, polecam novelę, którą napisał James Skinner noszącą tytuł „The Devil only Knows one word”. Poznaj to słowo i nie daj już sobą kierować!